Archiwum
statystyka
RSS
środa, 30 listopada 2011
Drobiazgi...
Rano budzę się z przyklejonymi do policzka fragmentami snów. Nie potrafię ich skleić, by tworzyły sensowną całość. Tak więc magii brak :)

Coraz zimniej. Marzną ręce, marzną stopy, marzną myśli. Świat wypłowiał z kolorów, ale dziś niebo uśmiechało się błękitem paryskim tak wyraziście, a intensywna czerwień zachodzącego słońca zapowiedziała kolejną mroźną noc. Bezlistne drzewa na tle tej rozzłoconej purpury są jak utkany gobelin. A porankami coraz częściej świat otulony jest białą koronką szronu. Odsłaniając rolety, przez chwilę patrzę na zaokienny pejzaż z kroplą mlecznej bieli. A potem gonię minuty, parzę kawę na dobry nastrój...

Teraz już świat za oknem pomalowany na grafitową czerń. W batiku nieba lśnienie gwiazd i kawałka księżyca. Ostatni dzień listopada ociera się o szyby rozpuszczonymi włosami wiatru. Lubię słuchać wiatru, kiedy jestem w ciepło domu zanurzona...

Powietrze pachnie drobinami ciepłego światła lamp i zapalonych świeczuszek. Stroję się w korale chwil, jest mi w nich do twarzy. Wieczór zaprawiam muzyką: śpiewa mi Sting. "Zazdrość i medycynę" odkładam na potem. Przestrzeń zawężam do filiżanki z żurawinową herbatą...

A z grudniem czas się odmieni... 
wtorek, 22 listopada 2011
Ach! Och! :)
Takie ciche było to popołudnie. Niebo się niebieściło, potem nasączało się różowościami, fiołkami, pomarańczowym złotem. Wchodzę w wieczór minutami w zielonym kolorze, bo w piątek M. przybędzie i mój brat na krótko zajrzy. Laj, laj, laj. Tak, dziś mam oczy małej dziewczynki. Roześmiane, bardziej zielone, rozświetlone...

W mojej Samotni czas się kołysze w grafitowym mroku piosenkami Anny Marii, między moimi dłońmi plącze się ciepło filiżanki z kolejną herbatą, a świat zaokienny w smolistej czerni, ozdobionej klipsami pomarańczowych świateł ulicznych latarń...

A ja w ciemny prostokąt okna wrysowuję pory słońc, jaspisową zieleń ścieżek, łąkę kaczeńców, zaróżowione wzruszenie płatków kwitnących drzew i pejzaże z wiosną w tle. Tak mi jakoś wiośnianie w sercu...

Zwyczajny wtorek mija. Zwyczajnie domowo. Pachnie naleśnikami, które smażyłam tacie i sobie. Pachnie kakao. Zapachy z dzieciństwa. Tylko wtedy naleśniki smażył nam tato. Listopad pachnie wspomnieniami, grudzień też będzie taki. Ciepły od wspomnień...
poniedziałek, 21 listopada 2011
W herbaty czas...
Szafirowe niebo za oknem rozjaśnione pastelowym różem, na jego tle gałęzie drzew wyglądają jak arabeski. Dymy z kominów snują się szarością. Tajemniczym światłem pulsują uliczne latarnie. Bezludny zaokienny krajobraz, tylko kilka wron buszuje na trawniku zasypanym liśćmi...

Pięknie przeżyłam wczorajszy wieczór. W uroczym miejscu, bardzo nastrojowym za sprawą stylowego wnętrza. Tak łatwo było poczuć klimat dawnych lat, oglądając "Uczucia", niezwykły spektakl teatru z Uljanowska. Myślałam, że mój rosyjski, po tylu latach nieużywania, zapomniany, a jednak przypominał mi się z każdym wypowiedzianym na scenie słowem. Jak sami aktorzy powiedzieli: "gramy ze słów Czechowa", tak i wplatali cytaty z "Wieroczki" między rosyjskie piosenki, opowiadając historię nieodwzajemnionej miłości "panny z prowincji do młodego człowieka ze stolicy". Z zachwytem chłonęłam...

Teraz oddycham herbatą. To czarna herbata ze skórkami pomarańczy, rozświetlający ma zapach i smak. I miękkość kojąca na mnie spływa z piosenek Anny Marii. To znowu "Szeptem". A w świątecznym prezencie dla samej siebie zamówiłam płytę z kolędami w jej wykonaniu. Ach, jak lubię prezenty :)

Świat w tylu odcieniach szarości. Nie, nie narzekam. Lubię ten kolor, tak łatwo się w nim skryć :)
sobota, 19 listopada 2011
W szarości można się ukryć :)
Szarość listopada odgradza od świata. Srebrnoszare mgły rozmywają kontury i sprawiają, że czuję się zamknięta jak w kokonie. Tęsknię za październikowym bogactwem kolorów, za refleksami słońca w wachlarzach gałęzi drzew, za niebem wyrazistym, jasnym i błękitnym... 

Są chwile, kiedy ta wszechobecna szarzyzna, ołowiane niebo, szarugi przygnębiają. Dopiero popołudniami, kiedy poświata latarni ulicznych oświetla miękkim blaskiem światek P. i nadaje mu odcień sepii, robi się ładniej i cieplej. Wtedy owijam się polarowym pledem, zapalam świece, chwile uświetniam bursztynową barwą herbaty, błogosławię swój dom...

Sobotni poranek smakuje kawą i makowcem. Domowy jest, bez M., który u siebie. Myśli swoje spokojne, acz tęskne wplatam w muzyczne dźwięki radiowego grania. Przejrzałam nowe "Zwierciadło", mam takie odczucie, że przestaje być moim pismem...

To był długi i męczący tydzień. Pani Ważna znowu ważna. Zamiast rozmowy "koniec i kropka". Powinnam przywyknąć, a jednak się buntuję...

E68, jesteś?
wtorek, 15 listopada 2011
Drobiazgi...
Listopad w szarościach. Niedosyt światła, niedosyt ciepła. Drzewa pogubiły liście, na tle popołudniowego nieba ich czarne, poskręcane finezyjnie gałęzie są jak brabanckie koronki. Poranki w kryzach z mgieł. Odsłaniam rolety i nie widzę świata. Tak szybko zmierzch przychodzi, miękko opatula świat aksamitem grafitu. Melancholie się plączą cicho...

Rozsmakowuję się w owocowych herbatach: hibiskus i jabłko, malina z dziką różą, żurawina z dziką różą, kandyzowana wiśnia z aronią. Cudownie rozgrzewają, pięknie pachną i smakują. Zaparzam je w imbryku, piję w ulubionej filiżance, ogrzewam dłonie. Na nowo odkrywam smak marcepanowych batoników i aromat migdałowo-wiśniowych świec...

Listopadową szarość odganiam kolorami. Anioła z zielonymi skrzydłami ustawiam w pokoju o miodowych ścianach, rozkładam kolorową serwetę, ustawiam w wazonie jasnozieloną ozdobną kapustę. Z upodobaniem noszę rudą bluzkę i spodnie w butelkowym odcieniu zieleni...

Uporałam się wreszcie ze sprawdzaniem klasówek, sprawdzianów i prac domowych. Dość dobrze wypadły pierwsze rozprawki drugoklasistów, fatalnie charakterystyki pierwszaków...

Wieczorami znajduję czas dla siebie. Zapadam w słowa. Lirycznieję piosenkami Bajora. Nieodmiennie tęsknię za M. 
czwartek, 10 listopada 2011
Wełną mroku świat otulony...
Wracałam z biblioteki i zachwycałam się zaróżowionym na krańcach niebem, czarnymi gałęziami drzew, które wyglądały jak nakreślone tuszem. Lekkim chłodem smakowało powietrze, a kulki świateł ulicznych lamp pomarańczowymi kręgami ocieplały świat P. Teraz smolistą czerń zdobi pyzaty księżyc w złocistej poświacie...

Grudniaczek zakwitł. Amarantowe koszyczki kwiatów zdobią parapet, idealnym tłem dla nich jest okno w czerni. Jednak za szybko to kwitnienie, zwykle przed Bożym Narodzeniem kwiat był obsypany pąkami...

Wieczorne chwile pachną cynamonową świecą, są w kolorze herbaty z kawałkami pomarańczy i płatkami róż. Cicho Anna Maria mi śpiewa. Czas mija powoli obietnicą jutrzejszego wolnego dnia...

Z przyjemnością czytam kolejną część cyklu o Zawrociu, jak zwykle daję się uwodzić językowi Kowalewskiej...

A listopad trochę bardziej pojesienniał. Są dni, kiedy świata nie widać spod mgieł perłowych. Ale tak ładnie rozmywają się wtedy kontury rzeczywistości, łagodnieją krawędzie, miękną pejzaże i wydają się być nierzeczywiste. Taka jesień także zachwyca...
poniedziałek, 07 listopada 2011
Drobiazgi...
Z każdym dniem ubywa światła. Tak szybko przychodzą wieczory, rozlewają się na niebie atramentową czernią, pulsują punktami pomarańczowego światła za oknem. Zapalam lampy w domu, by dodać miękkości rzeczom i przedmiotom. Ciszę swojego pokoju ulepszam smakami herbat i aromatem czekoladowej świecy. Zawijam się w rdzawy pled. Czytam. Cieszę się słowami...

Drzewa w alei coraz bardziej nagie, bezlistne, ale nie smutne. Ich konary jak misterne koronki w kolorach listopadowego nieba. Brzozy przy moim bloku rozebrały się z liści w cytrynowej żółci. Wciąż ciepło na świecie, listopad przypomina wrzesień...

Sobotni wieczór w poetyce francuskich piosenek Bajora, z rubinowym aromatem wina i w przytuleniu do M. Zachwyt, czułość, bliskość. Tyle ładnych chwil...

Omijam chandry z daleka. Noszę kolorowe stroje. Maluję starannie oczy. Rozjaśniam usta koralową, delikatną pomadką. Dla siebie-łasucha kupiłam dziś śliwki w czekoladzie i teraz się nimi raczę. W tle jazzowe snuje. A ja siedzę przy biurku w miodowym świetle lampy, piszę i smakuję dobrą chwilę... 
piątek, 04 listopada 2011
Piątkowe haiku...
Porankami koguty pieją według starego czasu, ja też wciąż jeszcze nie mogę się przyzwyczaić do tej zmiany. Zasypiam wcześnie, nie mogąc opanować senności, budzę się przed budzikiem, zapalam lampkę i czytam "Solo" Raduńskiej. Kiedy odsłaniam rolety, niebo jest w pastelowych różowościach, delikatnych fioletach i w leciutko zaznaczonych miodowych żółciach. Jesienne wschody słońca są takie urodziwe...

Wreszcie udało mi się okiełznać bałagan w moim domu. Wracałam rzeczom miejsca, niektórym znalazłam nowe. Cieszę się moim nieco nowym mieszkaniem...

Jesień wciąż jest piękna. Błogosławi kolorami i ciepłem. Dziś z lekkim wiatrem liście spadały z drzew, wirowały, migotały złotą rudością, a potem szeleściły cudnie...

Chwila ma zapach jaśminowej herbaty. Za oknem świat w welonie mgły, w cekinach złotego światła ulicznych lamp. Nowa płyta Bajora rozmarza i smakuje melancholią...

A za niedługo powitam na peronie mojego M. Rozświetlam się radością...